Uwielbiam oglądać kino niezależne, festiwalowe. Podchodząc do "Grupy" nie spodziewałem się czegokolwiek zaskakującego, dlatego też nie pomyślałbym, że z każdą minutą film coraz bardziej będzie mnie fascynował, wciągał.
Zaczynając od początku, fabuła obraca się wokół Sarah Moss (Brit Marling), agentki pracującej w firmy badającej organizacje, które prowadzą działalność ekstremistyczną przeciw "dużym rybom". Kobieta dostaje za zadanie przeniknięcie do szeregów "Wschodu", nie mogąc przy tym wzbudzić podejrzeń. Mimo szybkiego zyskiwania zaufania członków, z każdą minutą wszystko zaczyna się komplikować. Prawda nie jest taka, jak się wydawało.
Przede wszystkim nie jest to film dla ludzi "ograniczonych". Po pierwsze: problem ekologii. W obrazie możemy się o nim trochę dowiedzieć, widząc też przy tym jego mordercze skutki. Rzadko który reżyser odważy się podjąć taki temat, nie próbując przy tym zanudzić widza. Po drugie: narastające napięcie. Z początku wszystko się wlecze, ale z każdą minutą akcja nabiera tempa i naprawdę trudno oderwać się od ekranu. W końcu to, co dziwne, przyciąga najbardziej. Niestety nie obyło się bez błędów logicznych, chociaż nawet one nie potrafią zepsuć przyjemności płynącej z seansu.
Aktorsko jest całkiem w porządku. Brit ma często jedną minę, nadrabiając przy tym całą resztą, ale za to Ellen, mimo małej roli, pokazała swoje umiejętności. A co do Skarsgarda, który widnieje także na plakacie... był trochę drewniany, to fakt, do ojca mu zawsze będzie sporo brakować, ale jestem dobrej myśli.
O muzyce chyba nie ma, co wspominać, jest po prostu tłem, o którym raczej zapomnę. To aspekt, na którym znam się najmniej, bo wszystko jest kwestią gustu. To w końcu nie Martinez, by zachwycać się nad pięknem melodii.
Podsumowując, Grupa "Wschód" to bardzo dobry film i aż dziw bierze na myśl, że nie miał większej kampanii reklamowej, bo jest tego warty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz